Wakacje z nerwicą (2/3)

Ukryj smutek, pamiętaj o uśmiechu

W Barcelonie byłam już parę razy, ale ten był zdecydowanie najsmutniejszy. Cały czas musiałam przypominać sobie żeby się uśmiechać i upewniać, że świetnie się bawię, bo jakoś naturalnie mi to nie przychodziło. Bardziej niż na podziwianiu zabytków skupiałam się na ludziach – z zazdrością patrzyłam na tych, którzy mieli w sobie tyle beztroskiej radości a ich oczy aż skrzyły się od śmiechu.

Na pozór przecież niczym się nie różniliśmy – byłam na wakacjach tak samo jak oni, tyle że ja czułam się kłębkiem nerwów i żadne sielskie widoczki nie były w stanie tego zmienić.

Pod koniec dnia dotarłam do portu, gdzie usiadłam na ławce i spędziłam tam parę godzin bezmyślnie gapiąc się na zacumowane żaglówki.

Tak, byłam w mieście Antonio Gaudiego lub jak kto woli – FC Barcelony, otoczona najwspanialszymi zabytkami, atrakcjami i widokami, wśród setek zachwyconych ludzi, od których siłą rzeczy powinien mi się ten nastrój udzielać, a ja siedziałam na ławce z twarzą nieruchomą jak maska, która nie potrafiła oddać żadnej pozytywnej emocji.

W tym „barwnym” nastroju przetrwałam do nocy, czekając na statek na Majorkę. Wciąż łudziłam się, że właśnie tam moje troski znikną i poczuję się lepiej.

 

park-guell-barcelona3

Park Guell; foto: Ewa

 

Stan ducha „półwesół”

Daleko na morzu widać było błyski szalejącej gdzieś w oddali burzy, co tylko pobudziło moją wyobraźnię – w głowie już roiły mi się scenariusze rodem z katastroficznych filmów, w których jednocześnie występowała gigantyczna fala tsunami, sztorm jakiego nie pamiętają najstarsi piraci, jak również mroczna wizja rozbicia się o górę lodową o co na Balearach naprawdę trudno. Zastanawiałam się tylko, czy starczy dla wszystkich szalup ratunkowych.

Naturalnie burza nawet nie musnęła statku (haa wiedziałam, że tak będzie), a ja jeszcze nigdy wcześniej nie spałam tak dobrze.

Ze snu wyrwał mnie dopiero komunikat dobiegający z głośnika umieszczonego w suficie kabiny, który oznajmił, że dopłynęliśmy na Majorkę.

Krajobraz niczym nie odbiegał od kolorowych zdjęć prezentowanych w folderach biur podróży. Wszystko było takie jakie miało być i jakie oczekiwałam, że będzie.

Jeszcze parę miesięcy temu podziwiałam te widoki na ekranie komputera, wyobrażając sobie jak leżąc na plaży pod palmami rozpiera mnie niewyobrażalne szczęście. Teraz miałam to wszystko na wyciągnięcie ręki – stałam na tej plaży i pod tą palmą, ale jakoś nie czułam żeby spływała na mnie nadprzyrodzona moc, która jak uważałam, w takim miejscu należy mi się jak psu zupa.

Po długich negocjacjach udało mi się przekonać samą siebie, że jestem nawet zadowolona – nie tak całkiem zadowolona, ale tak trochę.
Stan ducha „półwesół”, jakby to określił Adam Miauczyński z „Dnia Świra”.

 

Park Guell

Park Guell; foto: Ewa

 

Wewnętrzna rewolucja

Morze zawsze działało na mnie kojąco – to taki emocjonalny pewniak, który wycisza, uspokaja i przywraca równowagę.
A właśnie tego mi było trzeba.

I faktycznie pierwszego dnia kąpiąc się w morzu dotarło do mnie coś niesamowitego i dziwnego zarazem – kiedy tak stałam w tej krystalicznie czystej wodzie, w tłumie nieznajomych, połączonych ze sobą tą samą dziecięcą radością, a powietrze było przesiąknięte od soli – poczułam bezgraniczną błogość i szczęście, jakby wszystkie negatywne emocje w końcu mnie opuściły, a całe napięcie zniknęło, pozostawiając po sobie ulgę.

Nie wiem czy to świadomość tej ulotnej chwili tak mną poruszyła, czy ten ogrom szczęścia jaki spadł na mnie niespodziewanie, gdyż nie potrafiłam się nawet uśmiechnąć, a wręcz przeciwnie, chciało mi się płakać – było to bowiem tak cudowne, że aż bolało.

I choć na zewnątrz nie zmieniło się zupełnie nic, to czułam, że we mnie toczy się prawdziwa rewolucja.

Ilekroć o tym myślę, nie wiedzieć czemu, zawsze przypomina mi się Kurt Cobain i Jego list pożegnalny, w którym pisał:

…We wszystkich z nas drzemie dobro, a ja po prostu za bardzo kocham ludzi. Tak bardzo, że przez to odczuwam jeszcze większy smutek…

albo pamiętna scena z filmu „American Beauty” z chyba najsłynniejszą reklamówką w historii kina, gdzie Ricky Fitts pokazuje wideo z „tańczącą” na wietrze torebką foliową i łamiącym się głosem mówi:

…Czasami jest tak wiele piękna na tym świecie… Wydaje mi się, że tyle nie zniosę. A moje serce jakby miało się rozpaść…

Tego dnia naprawdę czułam się dobrze – dokładnie tak jak powinien czuć się każdy kto jest na wakacjach. Choć dla innych to naturalne i oczywiste, dla mnie było to coś wielkiego – miałam wrażenie jakby ktoś nagle postawił przede mną całą paletę intensywnych barw mieniącą się wszystkimi odcieniami, które co chwila rozbłyskiwały niczym tafla wody w pełnym Słońcu.

Nie wiem czy to zasługa tego olśnienia, czy też mojej nerwicy zrobiło się mnie żal i postanowiła dać mi dzień wolny. Albo była to kolejna starannie przemyślana przez nią taktyka – pewnie siedziała gdzieś w hotelowym barze nad basenem i korzystając z happy hour sączyła kolorowe drinki z palemką, szastając przy tym napiwkami na prawo i lewo. Bez wątpienia już zacierała ręce i chichocząc wyobrażała sobie jak następnego dnia atakuje mnie z zaskoczenia. Co za dziecinada.

Majorka

Majorka; foto: Ewa

 

> Część III Wakacje z nerwicą

 

By | 2016-10-15T18:43:30+00:00 12.08.2014|Categories: rozwój osobisty|Tags: , |0 komentarzy

About the Author:

Dodaj komentarz

avatar
wpDiscuz