Jeżeli zamiast surowej samokrytyki, potraktujesz siebie z bezwarunkową akceptacją i miłością, poczujesz wyraźną poprawę swojego samopoczucia i wszechstronne przyspieszenie rozwoju.

W pierwszej części artykułu opisałam moje odkrycia poczynione po spotkaniu z Wewnętrznym Krytykiem podczas pewnego ćwiczenia na warsztacie prowadzonym przez męża Tomka. Z moim Wewnętrznym Krytykiem nie mam na co dzień kontaktu, ale miło było zobaczyć, że choć milczący, ma się naprawdę dobrze :) Miłość, którą jest otoczony sprawia, że jest spokojny, wyciszony i nie ma potrzeby się do mnie odzywać :) Zapewniłam Cię też, że każdy może doprowadzić swojego Wewnętrznego Krytyka do takiego błogiego i nieszkodliwego stanu. Niezależnie od tego, jak byliśmy traktowani przez najbliższe nam osoby (szczególnie w dzieciństwie), możemy się nauczyć podchodzić do siebie z bezwarunkową miłością.

W tej części chcę Ci przedstawić moją drogę ku miłości bezwarunkowej do siebie i do innych. Pokażę Ci na przykładach, jak cały czas staram się nad nią pracować. Chciałabym Cię zachęcić, by podążać w tym kierunku, bo przynosi on cudowne samopoczucie! :) Poza tym, ucząc się prawdziwie kochać siebie, stajemy się automatycznie bardziej kochający wobec innych. W ten sposób zmieniamy siebie i świat na lepsze!

 

Joanna przy ulubionym drzewie

Staram się ciągle pielęgnować wewnętrzne światło, aby służyło nie tylko mnie, ale też innym :)

 

Pokrótce o moim rozwoju ku miłości bezwarunkowej

Byłam ciekawa jak to u mnie było z samokrytyką we wcześniejszych latach życia, dlatego zajrzałam do mojego pierwszego pamiętnika, który zaczęłam pisać mając niespełna 12 lat. Pojawiają się w nim, choć nie za często, stwierdzenia typu „jestem taka głupia”, ”idiotka”, „debilka”, „głupia ze mnie istota” – więc jakiś samokrytycyzm był :) Na szczęście mój świadomy emocjonalny i duchowy rozwój rozpoczął się szybko, bo już w latach liceum. Wtedy zaczęłam zaczytywać się książkami poświęconymi samorozwojowi i wykonywać zadania w nich zawarte. Moje ulubione lektury z tamtego okresu, do których ciągle mam sentyment i gorąco je polecam, to:

  •  „Możesz uzdrowić swoje życie” Louise Hay
  • „Terapia otwartego serca” Bob Mandel
  • „Pokochaj siebie” Wayne Dyer
  • „Leczenie uzależnionego umysłu” lub poprawiona wersja „Leczenie uzależnionej osobowości” Lee Jampolsky

Książki te miały na mnie niesamowicie pozytywny wpływ i poprowadziły mnie mocno w stronę miłości do siebie i innych. Każdą z nich czytałam wielokrotnie, co umożliwiło tym treściom głęboko we mnie wniknąć i “pracować”.

Przez kolejne lata starałam się kochać siebie bezwarunkową miłością, która jest zawsze i wszędzie, bez względu na okoliczności, niezależnie od wszystkiego. Jest to stan, którego nie da się z niczym porównać. To cudowna świadomość, że cokolwiek by się nie działo – mam siebie, zawsze mogę na siebie liczyć, zawsze udzielę sobie wsparcia, powiem dobre słowo, zadbam o siebie. To niesie ogrom wewnętrznego spokoju i bezpieczeństwa. Nie dziwię się, że mój Wewnętrzny Krytyk jest w takim błogostanie :)

Równolegle rozwijała się moja miłość do innych stworzeń – ludzi, zwierząt, roślin, Ziemi, Boga.
To naturalne, że przenosimy relację, którą mamy ze sobą na zewnętrzny świat. Dlatego wszelkie uzdrowienie najlepiej zaczynać od siebie. Moim ideałem stała się miłość wszechogarniająca, uniwersalna – do wszystkich i do wszystkiego. To mój cel, dążenie związane z rozwijaniem duchowości. Urzeczywistnianie w sobie Boga jest dla mnie tożsame z rozwijaniem takiej kosmicznej miłości. Książki o duchowej tematyce, które zrobiły na mnie największe wrażenie i w dużym stopniu ukształtowały mnie taką jaka jestem teraz, to te autorstwa Neale Donalda Walscha:

  • „Rozmowy z Bogiem” (trzy tomy)
  • „Przyjaźń z Bogiem”
  • „Wspólnota z Bogiem”

Pamiętam, że gdy czytałam je po raz pierwszy, moje ciało drżało, czułam jakbym się dostrajała do wyższych wibracji. Czytałam je tyle razy, że stały się integralną częścią mojej świadomości. Wprowadziły do niej jeszcze więcej miłości, akceptacji, radości, spokoju. I wciąż niespożytego optymizmu :) Świadomość wszechobecnej Boskości = Miłości sprawia, że lęki i złe samopoczucie trzymają się ode mnie z daleka. Oczywiście, staram się ciągle pielęgnować to wewnętrzne światło, żeby służyło nie tylko mnie, ale też ludziom z którymi jestem w kontakcie.

Bezwarunkowa miłość nie jest ślepa

Bezwarunkowa miłość do siebie nie oznacza, że nie zauważam swoich błędów i wad, ale że kocham siebie i dobrze traktuję pomimo ich. Nie osądzam i nie potępiam siebie za ich wystąpienie, ale je sobie wybaczam, wiedząc, że one mnie nie określają, są tylko okazją do nauki, do rozwoju.
Kochając siebie bezwarunkowo, pomimo wszelkich niedoskonałości, cały czas można czuć się wartościową osobą! To cenna umiejętność umieć oddzielić swoje zachowanie (z którego możemy być niezadowoleni i pragniemy jego zmiany) od uznania swojej wartości, która jest niezmienna. Uważam, że samokrytycyzm można zastąpić po prostu świadomością, że postąpiłam inaczej, niż bym sobie życzyła. Z tą świadomością łączy się intencja zmiany i rzeczywista praca nad sobą. Czasem jest mi naprawdę przykro (do tego stopnia, że to intensywnie opłakuję) że moje zachowanie nie było według mnie wysokiej jakości ale nie tracę przy tym dobrej więzi ze sobą, ani też nie spada moja samoocena. Szczególnie jestem wrażliwa na to, co się dzieje w obszarze relacji międzyludzkich, zdecydowanie mniej uwagi poświęcam rzeczom martwym. Czyli łatwo mi przeboleć gdy np. zniszczę jakiś sprzęt, o wiele bardziej przeżywam uczynienie komuś nawet drobnej krzywdy. Jako że jestem zafiksowana na miłości, to za swój błąd postrzegam też zwyczajne nie okazanie miłości, tak jakbym mogła (oczywiście w zgodzie ze sobą).

Przedstawię Ci przykładowe błędy „nie okazania miłości” nad którymi pracuję:

Za rzadko podlewane rośliny doniczkowe
Moje relacje z najbliższymi ludźmi są spokojne i harmonijne, staram się dbać o to, by czuli, że są kochani i ważni dla mnie. Uważam, że to już mam wypracowane. Są jednak istoty w moim bliskim otoczeniu, o których zapominam. Zdarza mi się zaniedbać nasze domowe roślinki. Przepraszam je wtedy, bywa że stwierdzę fakt: „jestem dla Was niedobra”, ale najważniejsze, że wybaczam to sobie i zaraz staram się poprawić, pamiętać jak tylko mogę o ich regularnym podlewaniu.

Nieostrożne użycie pojazdu
Około 15 lat temu jeździłam do pracy na rowerze. Pamiętam ciągle sytuację, gdy pewnego ranka niefrasobliwie wjechałam na chodniku w dużą grupę wysiadających z autobusu ludzi. Uderzyłam kogoś kierownicą, prawdopodobnie młodą dziewczynę. To nie było nic poważnego, bo jechałam wolno, ale wyraźne stuknięcie było  – i bardzo źle się z tym poczułam. Potem kilka dni ją w duchu przepraszałam i modliłam się w intencji jej zdrowia i szczęścia. Obiecałam też sobie, że w przyszłości będę schodzić z roweru przed zatłoczonymi przystankami i poprowadzę go tak, by nikomu nic się nie stało. Teraz jeżdżę samochodem. Staram się pamiętać, że najważniejsze wtedy jest bezpieczeństwo, że chcę być naprawdę uważna podczas jazdy. Przed każdą przejażdżką proszę Boga, by miał w opiece mnie oraz wszystkie osoby, które będę mijać na drodze. Wizualizuję ochronne światło miłości otaczające mój samochód, które ma sprawić, że cała podróż przebiegnie bezkolizyjnie i szczęśliwie. I tak jest! :)

Powstrzymanie się przed przytuleniem kogoś
Przytulania nauczyłam się dopiero w dorosłym życiu, bo w moim domu rodzinnym nie było to zwyczajem. Mój mąż Tomek był w tym obszarze moim nauczycielem, modelem – tak bezproblemowo potrafił przytulać, nawet obce mu osoby, że aż mnie to wkurzało :) Nie byłam tak jak on otwarta na kontakt fizyczny. Ale jednocześnie go za to podziwiałam i ceniłam tę zdolność swobodnego okazywania ciepła. Sama chciałam BYĆ MIŁOŚCIĄ także w taki „dotykowy” sposób, i nie mieć oporów w jej okazywaniu. Dzisiaj przytulam chętnie, często i radośnie :) A jako swój błąd postrzegam sytuacje, w których nie przytuliłam na przywitanie osób dawno nie widzianych, niekoniecznie bliskich (bo z bliskimi nie mam tego problemu), ale miłych, których widok mnie ucieszył – np. z grupy osób ćwiczących ze mną jogę. Szczególnie gdy czuję wzajemną sympatię, nawet zauważam u siebie lub u tej osoby powstrzymany zryw do przytulenia – i nie zrobię tego, jest mi potem przykro. Odbieram to jako straconą, cenną okazję do doświadczenia „miłości w działaniu” – okazania komuś tym prostym gestem, że jest dla mnie w jakiś sposób ważny, że go lubię, że cieszy mnie spotkanie z nim. Jednak rozumiem, że jest to pozostałość mojego „dystansu cielesnego” z wcześniejszych lat życia. Wiem też, że dla kogoś dotyk może nie być łatwą sprawą, niektórzy wręcz nie lubią być wyściskiwani :) Mam obawę przed zrobieniem czegoś, czego ktoś może wcale nie chcieć, co nie byłoby dla niego miłe. Myślę jednak, że moja obawa jest przesadzona :)

Przywitanie uczestników warsztatu bez podania ręki i przedstawienia się
Dostrzegam też podobny błąd w swoim zachowaniu jako organizatorki warsztatu wspomnianego w pierwszej części artykułu. Gdy się zaczynał, miałam lekkie odczucie, że czegoś mi zabrakło. Dopiero następnego dnia uświadomiłam sobie ten błąd – że z wieloma osobami nie przywitałam się, tak jak robię to na co dzień w gabinecie – podając rękę i przedstawiając się, jeżeli się poznajemy. Witam w ten sposób wszystkich moich Klientów – więc w indywidualnych sytuacjach jest to dla mnie normalne i oczywiste. Ale w grupowych sytuacjach jeszcze tego nie wypracowałam. Jeszcze nie mam w sobie tej swobody, pewności czy to zrobić, czy nie, szczególnie z osobami widzianymi po raz pierwszy. Dopiero, gdy tego nie zrobię, czuję wyraźnie, że warto było, że bez tego jest jakoś bezosobowo, nie-miłośnie! ;( Ale jest już wtedy po fakcie! Mądry Polak po szkodzie :) Mam wtedy to uczucie przykrości, czy żalu, że nie zachowałam się tak jak bym chciała. Ale jestem dla siebie wyrozumiała, bo po pierwsze – jest to obszar mojej pracy nad sobą, więc niedoskonałości mogą się zdarzać, po drugie w dniu warsztatu byłam dość zabiegana i rozproszyły mnie inne sprawy, którymi się wtedy jednocześnie zajmowałam. Wybaczam to sobie i chcę się uczyć na tym błędzie – postaram się pamiętać o tym na przyszłość! A wszystkie osoby, nieprzywitane przeze mnie z prawdziwą atencją, chcę w tym miejscu serdecznie przeprosić!

Każdy ma nad czym pracować a z bezwarunkową miłością do siebie będzie szybciej i przyjemniej!

Ty też masz na pewno swoje obszary do pracy. Pamiętaj, że jakiekolwiek by one nie były, już jesteś godny miłości. Zasługujesz na tę miłość, nawet jeżeli inni Ci jej nie okazywali. Zasługujesz na miłość, choćbyś nie wiem co „złego” zrobił(a) w swoim życiu! Proszę Cię, otwórz się na tę prawdę!

Nawet jeżeli jesteś na całkiem początkowym etapie rozwoju w danej sferze, nie jest to absolutnie powodem, by sobie odmawiać miłości! Możesz przestać stawiać swojej miłości jakiekolwiek warunki. Możesz przestać wymagać od siebie doskonałości i ostro krytykować za każdy popełniony błąd. Możesz na bieżąco wybaczać sobie wszelkie niedoskonałości i radośnie rozwijać się dalej!

Możesz ukoić swojego Wewnętrznego Krytyka bezwarunkową miłością! Wtedy zaczną się dziać w Twoim życiu cuda! Jeżeli zamiast surowej samokrytyki potraktujesz siebie z akceptacją i miłością, poczujesz niesamowitą zmianę samopoczucia i przyspieszenie Twojego rozwoju. Każdy kolejny krok w Twojej pracy nad sobą pójdzie Ci łatwiej, z większą energią i entuzjazmem, z większym spokojem wewnętrznym! I zaczniesz przyciągać miłość – życzliwych ludzi i dobre okoliczności. Piszę to na podstawie własnego doświadczenia osobistego i zawodowego. Uwierz mi – ZAWSZE warto siebie kochać!

 „W moim śnie, cudownym śnie, tylko kocham, kocham, kocham…”

Wschodni jogini twierdzą, że nasze życie to maja – ułuda, nic w nim nie jest rzeczywiste. Że śnimy sen swojego życia zgodny z tym w co wierzymy, jak działamy, co decydujemy się postrzegać w sobie i innych. Ja WYBIERAM MIŁOŚĆ! Wtedy życie, nawet jeśli faktycznie jest tylko snem, ma w sobie piękno i wartość. Lubię śpiewać razem z Korą „w moim śnie, cudownym śnie, tylko kocham, kocham, kocham…” A Ty jaki sen chcesz wyśnić?

Życzę nam wszystkim pięknej, bezwarunkowej miłości do siebie i do reszty świata! :)

Joanna Stelmach

PS
Możesz skorzystać z okazji i wziąć udział  w naszym najbliższym warsztacie „Jak radzić sobie z życiowymi problemami?”. Będziemy rozwijali aktywne i strategiczne podejście do problemów, a także przymioty, które pozwalają pozostać pogodnym pomimo ciągle pojawiających się życiowych wyzwań: miłość do siebie i innych, akceptację, radość, optymizm i wdzięczność. Popracujemy nad zmniejszeniem lęków i zamartwianiem się problemami.
Zawartość tego warsztatu wypłynęła ze mnie, gdy zapytałam siebie samą  – co stosuję na co dzień, co jest bardzo wartościowe i czym mogłabym się podzielić ze światem. Oto jest :) Zapraszam serdecznie!
> info o warsztacie w Jeleniej Górze na fb
> info o warsztacie na naszej stronie