Wakacje z nerwicą (1/3)

Zapraszamy do kolejnego opowiadania naszej Czytelniczki Ewy (jest także autorką cyklu “O nerwicy, sztuce i Morrisonie”). Pełen tekst Ewy podzieliliśmy na III części, śródtytuły pochodzą z naszej redakcji:

Część I: Urlop od problemów, Nerwica – mój współpasażer, Objawy nerwicy w egzotycznym wydaniu, Najchętniej zostałabym w hotelu

Część II: Ukryj smutek – pamiętaj o uśmiechu, Stan ducha “półwesół”, Wewnętrzna rewolucja

Część III: Morze łez, Krzyk, Wierna towarzyszka

======================================

W związku z tym, że mamy właśnie środek wakacji, piękną pogodę i czas wypoczynku, a więc chyba najwspanialszyokres dla naszego ducha / samopoczucia, przypomniało mi się opowiadanie, które napisałam z tej właśnie okazji.

Ok. 5 lat temu postanowiłam zrobić sobie „wakacje od nerwicy”, z którą nieustannie się zmagam. Moje dawne podejście do tematu nerwicy wynikało z całkowitego braku świadomości – zawsze byłam przekonana, że to ktoś „obcy” siedzi w moim ciele, że jest to mój wróg lub po prostu pech, który nieustannie mnie prześladuje, a przed którym muszę uciekać. Nigdy nawet nie pomyślałam, że to jestem ja, a właściwie jakaś część mnie, tzn. moich problemów, które nierozwiązane, wypływają na wierzch pod postacią nerwicy.

Jeszcze kilka lat temu również moje poglądy na temat leczenia i psychoterapii były, mówiąc delikatnie, dość kontrowersyjne, a wynikało to z braku mojej wiedzy, a także z trudności w znalezieniu odpowiedniego Psychologa, co jest niezwykle istotną sprawą. A co gorsze uważałam, że przyznanie się do choroby jest słabością, a pójście na psychoterapię – porażką. Teraz jest mi wstyd, że tak myślałam i smuci mnie fakt, że wielu ludzi nadal tak sądzi.

Napisałam ten tekst, ponieważ wiele osób ucieka przed swoimi problemami (co zresztą i ja systematycznie czyniłam), zamiast się z nimi zmierzyć. I choć w żadnym wypadku nie jest to tekst motywacyjny, a wręcz wydaje się to być lekkim opowiadaniem, to tak naprawdę jest to przestroga, że przed kłopotami nie schowamy się nigdzie. Nawet na rajskiej wyspie.

Ewa

majorka1

Majorka; foto: Ewa

 

Wakacje z nerwicą

Urlop od problemów

Kiedy parę lat temu miałam kolejny nawrót nerwicy uznałam, że nie pójdę już więcej na psychoterapię. Stwierdziłam że i tak nic to nie da i znowu tylko wyrzucę pieniądze w błoto. Pomyślałam, że lepiej będzie jeśli tę samą kwotę przeznaczę na jakąś egzotyczną podróż, aby naładować baterie w promieniach Słońca i tym samym wrócić do równowagi psychicznej. Dawniej (czytaj: przed nerwicą) podróże sprawiały mi ogromną radość, byłam więc przekonana, że i tym razem przyniesie to znacznie więcej korzyści niż kolejna wątpliwa terapia.

Wybór padł na Majorkę – najpiękniejszą wyspę Hiszpanii. Klimat prawie afrykański, niekończące się piaszczyste plaże, krystalicznie czyste morze, rajskie widoki dookoła, a do tego 12 godzin słonecznych na dobę. W takim miejscu nie można źle się czuć.

Już nawet widziałam oczyma mojej wyobraźni, jak leżąc pod palmami następuje moje cudowne uzdrowienie.
Niczym Bob Wiley – bohater filmu „Co z tym Bobem?” – za namową swojego psychiatry, a w moim przypadku za namową wewnętrznego głosu, postanowiłam „wziąć urlop od problemów” i beztrosko wyruszyć na wakacje.

Nerwica – mój współpasażer

Jednak program podróży, który tak starannie zaplanowałam i moc atrakcji jakie na mnie czekały, m.in. wycieczka do Barcelony, dwa dni w Lloret De Mar, rejs statkiem, itp. (tak na wszelki wypadek, aby nie mieć zbyt wiele czasu na autodestrukcję) musiały wydać się mojej nerwicy na tyle atrakcyjne, że postanowiła jechać ze mną.

A ja naiwnie myślałam, że przejadę przez granicę ironiczne machając mojej nerwicy na do widzenia, a ona – nie mogąc jej przekroczyć – będzie stać ze zdziwieniem i niekrytym oburzeniem, że nie wykupiłam dla niej wczasów i nie wyrobiłam jej nawet wizy tymczasowej.

To zadziwiające, że nerwicy nie obowiązują żadne normy i nakazy, że tak bezkarnie może przebywać każdą granicę, nie mając nawet dowodu osobistego, o paszporcie nie wspominając. Naprawdę powinny być bardziej restrykcyjne przepisy w Unii Europejskiej.

Już sama podróż przypominała Piekło Dantego, ale biorąc pod uwagę 30 godzin spędzonych w ciasnym i dusznym autokarze to chyba tylko masochista nazwałby to przyjemnością. Uznałam więc, że nie ma jeszcze powodów do niepokoju zwłaszcza, że nagrodą za te niedogodności będą nie tylko rajskie widoki, ale przede wszystkim powrót do zdrowia.

Lloret De Mar

Lloret De Mar; foto: Ewa

Objawy nerwicy w egzotycznym wydaniu

Element zaskoczenia nastąpił dopiero po dotarciu do celu. Pierwszym przystankiem było Lloret De Mar. Dobrze znałam to miejsce – kilka lat wcześniej spędziłam tam bardzo udane wakacje, więc doskonale wiedziałam czego się spodziewać. Jednak ku mojemu zdziwieniu wszystko wyglądało tam inaczej. I wcale nie chodziło o to, że wizualnie coś się zmieniło, wręcz przeciwnie – kurort wyglądał niemal identycznie jak przed paroma laty.

Nie wiedzieć czemu to ja wszystko postrzegałam w jakiś karykaturalny sposób – było za gorąco, za głośno, za dużo ludzi i w ogóle za dużo wszystkiego, całe miasto przerysowane i nieprawdziwe. Nie potrafiłam pojąć jak można mieć tak sprzeczne odczucia w stosunku do tego samego miejsca.

Po krótkiej przechadzce „na siłę”, załamana i zmordowana wróciłam do hotelu nie mogąc uwierzyć, gdzie jestem. Dopełnieniem tego surrealistycznego dnia był – jakże by inaczej – atak paniki, który czułam, że i tak krążył nade mną od samego rana, ostatecznie jednak dopadł mnie w sklepie z pamiątkami. Jak najszybciej doczołgałam się do pokoju i nie miałam już żadnych wątpliwości, że moja nerwica przejechała 2,5 tysiąca km tylko po to, aby zaprezentować swój bogaty wachlarz objawów w nieco bardziej egzotycznym wydaniu. Zapewne ta zmiana scenerii miała nadać rumieńców naszej znajomości, wszakże ciągłe ataki lęku w domu, sklepie, czy też na ulicy dawno stały się rutyną.

Za to tutaj przed moją nerwicą rozciągał się szereg niekończących się możliwości z atakiem histerii w wodzie na czele, który – jak nie wątpię – robiłby większą furorę niż inwazja żarłaczy białych, tym samym bijąc rekordy oglądalności wśród plażowiczów. Podejrzewam nawet, że cieszyłby się większą popularnością niż wodna przejażdżka „bananem”.

Skąd to przekonanie? Otóż w codziennych warunkach przywykło się już do widoku różnych świrów wymachujących reklamówką na parkingu przed supermarketem i nawołujących do nawrócenia, albo takich, którzy z heroicznym zacięciem i pewnością nie mniejszą od wyroczni delfickiej wieszczą nam, że jeśli nie damy im tej złotówki na piwo to za 3 dni pogryzie nas jamnik – takie sceny raczej nie robią na nikim wrażenia, są częścią krajobrazu i tyle. Jednak w tak rajskiej oprawie byłby to widok wręcz absurdalny i rażący jak kąpielówki Matta Damona w „Utalentowanym panu Ripley’u”. W żaden sposób tu nie pasuje, choćby nie wiem co, przez co jeszcze bardziej ściąga się na siebie wzrok turystów.

Kiedy uświadomiłam sobie, że być może cały pobyt zapowiada się równie „przebojowo” to wizja 12 dni wczasów była bliskoznaczna z 12 latami w Shawshank. Naprawdę nie wiedziałam jak ja to przetrwam, biorąc pod uwagę fakt, że nie miałam koło siebie żadnego miłego, starszego, czarnego mężczyzny, z którym mogłabym się dzielić cierpieniem tak jak Andy Dufresne.

Najchętniej zostałabym w hotelu

Położyłam się wcześniej spać w nadziei, że następnego dnia wstanę w znacznie lepszym humorze, wypoczęta i szczęśliwa, a potem z zacięciem japońskiego turysty wyruszę zwiedzać Barcelonę.

Niestety rzeczywistość różniła się od moich sielskich, mozolnie przygotowanych planów.
Obudziły mnie wrzaski i śmiechy z hotelowego basenu. Miałam wrażenie, że byłam jeszcze bardziej zmęczona niż jak kładłam się spać. Nie wiedzieć czemu zupełnie nie działała na mnie ta wesoła atmosfera. Czułam się przybita i nawet umycie zębów kosztowało mnie sporo wysiłku. A co dopiero całodzienna wycieczka do Barcelony w lejącym się z nieba żarze.

Jak nie trudno się domyślić, w ogóle nie miałam na to ochoty. Naturalnie obawiałam się kompromitującego ataku paniki na oczach setek ludzi w stolicy Katalonii.
Domyślałam się, że moja nerwica nie przepuści takiej okazji.

Najchętniej zostałabym w hotelu. I to całe 12 dni. Przeczekałabym pobyt nie wychodząc z łóżka a potem wróciła do domu.

Jakby powrót do domu miałby zagwarantować mi rozwiązanie wszystkich problemów, a przecież pod tym samym pretekstem wyruszyłam do Hiszpanii, bo w domu przecież tak źle się czułam…

Lloret De Mar

Lloret De Mar; foto: Ewa

 

> Część II Wakacje z nerwicą

 

By | 2016-10-15T18:43:31+00:00 12.08.2014|Categories: rozwój osobisty|Tags: , |0 komentarzy

About the Author:

Dodaj komentarz

avatar
wpDiscuz